Na progu strefy mroku

Autor: Daria Boruta

Strona: www.calypso-nurkowanie.pl

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego ktokolwiek miałby pakować ciężki sprzęt do auta i jechać w styczniu na polski biegun zimna, gdzie nawet śnieg pada poziomo? Dlaczego komuś chciałoby się taszczyć pod górę na plecach kilkadziesiąt kilogramów sprzętu, nurkować w ciemnych korytarzach, a potem wracać do samochodu i z niemałym trudem ściągać z siebie zamarznięty sprzęt? Już tłumaczę.

Kurs Cavern to po prostu doskonała zabawa!

Rok rozpoczął się wyjątkowo przyjemnie, bo od razu po sylwestrze spakowałam walizki i zniknęłam na suwalskich bezdrożach, w zimnych wodach Hańczy i ciemnych korytarzach litewskiego fortu Kowno. Każda pora jest odpowiednia, by rozpocząć przygodę z nurkowaniem jaskiniowym! Miałam już na koncie doświadczenie z nurkowaniem w ograniczonych przestrzeniach, zebrane w ciepłych wodach, na filipińskich wrakach. Nie odczuwałam więc dyskomfortu na myśl o ciasnych przejściach, braku widoczności, czy odnajdywaniu drogi dzięki położonej wcześniej linie. Byłam natomiast bardzo ciekawa ile punktów wspólnych mają te dwa rodzaje nurkowań – penetracje wraków i nurkowanie jaskiniowe. Ku swojemu zaskoczeniu odkryłam, że zdecydowanie mniej niż wydawało mi się na początku…

Śrubokręt czy młotek?

Jaskinia jaskini nierówna. Czym innym jest nurkowanie w przestronnych komnatach cenot, czym innym eksploracje w ciasnych syfonach.

Nikt z nas nie chciałby zapewne wbijać gwoździ przy pomocy śrubokrętu ani wkręcać śrub młotkiem, nawet jeśli młotek należałby do naszych ulubionych narzędzi. Tymczasem emocjonalne przywiązanie do sprzętowych rozwiązań w nurkowaniu wydaje się przekraczając pewne rozsądne granice. Nie brak nurków, który gotowi są bronić słuszności swoich wyborów jak niepodległości, niezależnie od tego jak (bez)sensowne okazują się one w konkretnych warunkach.

Na kurs przyjechałam przekonana o uniwersalności konfiguracji, w której pływam. W końcu to w jaskiniach narodziła się najpopularniejsza w nurkowaniu technicznym, czyli hogarthian. Tymczasem, w czasie zajęć teoretycznych, na których pojawiły się między innymi zagadnienia sprzętowe, musiałam przełknąć jakoś krytykę rozwiązań, do których zdążyłam się przywiązać. Łatwiej byłoby mi zapewne zignorować niewygodne uwagi, gdyby nie fakt, że moi instruktorzy jaskiniowi, jak na złość, nurkują. I to w jaskiniach! Jakby to nie wystarczało, to jeszcze prowadzą eksploracje jaskiniowe i wolne chwile spędzają pod wodą w różnych zatopionych obiektach, zamiast raz na ruski rok udać się na zasłużony urlop z turystyką jaskiniową w tle. Najgorszym wrogiem nurka jest jego zakuty łeb, więc z ciężkim westchnieniem postanowiłam schować na chwilę swoje czułe ego do kieszeni i posłuchać.

Jak się okazało w praktyce – było warto!

NO DIR NO FEAR!

Spędziliśmy na zajęciach teoretycznych kilka godzin, ale najważniejsza w nurkowaniu jest zawsze nauka wyciągnięta z zajęć w wodzie. Czy to po porannych wykładach ze speleogenezy, czy z dłuższych, budzących najwięcej sprzecznych emocji, rozważań sprzętowych nadchodził czas, by odstawić kubek po kawie i opuścić ciepłą salę wykładową. Wieczorami wracaliśmy na ciepłe kanapy do kolejnych prezentacji. Poza nostalgiczną historią nurkowania jaskiniowego, sporo czasu poświęciliśmy na naukę kartowania (czyli sporządzania planów umożliwiających dalsze eksploracje) jaskiń. Miałam dwa dni i nurkowania spędzone na Hańczy, na zainscenizowanym podwodnym poligonie, żeby przekonać się na własnej skórze, jak proponowane rozwiązania i modyfikacje ułatwiają życie. Jakie pomysły, które w teorii wydawały mi się całkiem wygodne, w praktyce okazują się nierealne, jak nieoczekiwane ograniczenia, takie jak przemarznięte i sztywne dłonie, utrudniają wykonanie niektórych ćwiczeń. Nurkowanie to ciągła nauka pokory i szukania odpowiednich rozwiązań.

Różnice wychodziły w ćwiczeniach często banalnych, które powtarzałam setki razy, jak w dzieleniu się gazem. Ruch, który wystarczy wykonać w normalnych warunkach, sprawia, że pętla płynnie ześlizguje się z głowy. Tutaj założony na głowę kask znacząco komplikuje sprawę. Zapięty na ręku sekator, z pętlą wokół nadgarstka umożliwi nam jednoczesne korzystanie ze szpulki i gumek, jeśli w zerowej widoczności będziemy wycinali się z poręczówki bez tracenia jej ciągłości. Wyciągam na ślepo gumki, mocuję je na lince przed i za zaczepem i mimo czarnej maski, czuję na sobie uważne spojrzenie jednego z naszych instruktorów. Ćwiczenia w wodzie otwartej dają do myślenia i pozwalają nam przygotować się do sedna naszego kursu…czyli wejścia pod strop!

Ostatniego dnia, kiedy na zewnątrz jest jeszcze szaro, pakujemy sprzęt do samochodów i ruszamy na Litwę, gdzie czeka nas nurkowanie w forcie Kowno. Poprzedniego wieczora omawialiśmy plan i oglądaliśmy nagrane z tego miejsca filmy, by usunąć jak najwięcej niewiadomych. Nareszcie!

Zanurzamy się w zielonkawej wodzie i zaczynamy przygodę. Widoczność jest bardzo dobra, więc poruszając się po poręczówce możemy spokojnie zwiedzić prawie cały obiekt, zaglądając do niektórych pobocznych pomieszczeń. Kowno jest miejscem wyjątkowo przyjemnym, nie panuje tu klaustrofobiczna ciasnota, w wielu pomieszczeniach nad głową znajduje się powietrze, nie ma grożących zawałem desek i konstrukcji ani skomplikowanej, mieszającej w głowie nawigacji.

Lubię w takich zwracać uwagę na szczegóły, więc z nieukrywaną przyjemnością zaglądam do okrągłych studni na podłodze, zwracam uwagę na migoczące poduszki powietrze pod sufitem, kolory ścian, szczególnie na jedną, z czerwonej cegły. Ładnie tutaj, nie ma co ukrywać, chociaż przydałby się mały remont… wystarczyła chwila nieuwagi, czujny instruktor i dostajemy z Tymkiem drobne ostrzeżenie. Przyjęte, potem jesteśmy już grzeczni.

Czas wracać! Po drodze zbieramy jeszcze nasze znaczniki i kierujemy się do wyjścia.

„No to pięknie” myślę. Nie dość, że sprzęt zdążył przymarznąć do mnie, to jeszcze ja przymarzłam do bagażnika Multipli. Ani się rozebrać, ani wstać.

Nawet uśmiech przymarzł mi do twarzy.

To kiedy wracamy?


Komentarze są zamknięte.